Strona Główna ŁYSIAKOMANIA

Nie Tylko Internetowy Klub MiŁośników Twórczości
Waldemara Łysiaka

(Aby przejść do strony gŁównej portalu należy kliknąć w grafikę po lewej stronie)


FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum


Poprzedni temat «» Następny temat
Satynowy magik
Autor Wiadomość
Geppard 
Administrator
CeŁber

Pomógł: 11 razy
Dołączył: 18 Wrz 2008
Posty: 669
Skąd: RAWKA
Wysłany: 04-12-2009, 23:02   Satynowy magik

Publikujemy fragment powie?ci „Satynowy magik”, pisanej przez Waldemara ?ysiaka od roku 2007 (z przerwami). Ma to by? swoisty „Faust” ?ysiaka. Autor planowa? wydanie tej powie?ci jesieni? 2010 roku, lecz nag?a konieczno?? przygotowania o?miu wznawianych tomów „MBC” uniemo?liwi?a ten zamiar — „Satynowy magik” uka?e si? dopiero na Gwiazdk? roku 2011.

Rzecz jest ?a?cuchem wielu drobnych (czterostronicowych) rozdzia?ków, z których ka?dy ma swój tytu?. Przedrukowujemy rozdzia? 8, którego tytu? brzmi:

Satin pojawia si? pierwszy raz jako student

Odk?d stan??em w Germanshaven, czeka?em pe?en niepokoju, ?e zaczepi mnie kto?, z kim b?d? musia? „nawi?za? pewien rodzaj wspó?pracy”, wedle s?ów stryja Gabriela. Dni mija?y i nikt taki nie ujawni? si?. Pojawi? si? tylko nowy kolega — Satin.

Wszed? do auli wyk?adowej tu? przed przyj?ciem profesora. Krótk? chwil? sta? obok drzwi, szukaj?c wzrokiem w?a?ciwego miejsca po?ród amfiteatralnie pn?cych si? ?aw i pulpitów. T? chwil? wykorzystali siedz?cy, by go zlustrowa?. Dziewczyny gwa?townie zazna?y wzwodu hormonalnego. Ch?opakom pog??bi? kompleksy. By? wysoki, szczup?y, luzacko–elegancko ubrany i przystojny jak filmowy ?igolak, lecz bez tej kelnerskiej g?adko?ci p?atnych hotelowych jeburków lub kulturystycznej t?poty pla?owych ratowników, która czyni z nich pudle buduarowe b?d? lwy kurortowe dla prezesek i emerytek. Fala kruczoczarnej fryzury opada?a ku wielkiemu byronowskiemu ko?nierzowi, co rozlewa? si? na ramiona niby ?nie?ne epolety poetów. Tylko w mundurze oficera marynarki wygl?da?by jeszcze atrakcyjniej. Babcie pradawnego sortu mówi?y o takich: „Ch?opak jak malowanie!”, lub: „Ch?opak jak z obrazka!”.

Wybra? sobie miejsce samotne, na skraju górnego rz?du, blisko uchylonego okna, które przepuszcza?o do audytorium lekki wiaterek, cherlawy wiosenny skwar, zapach rododendronów i ?piew ptaków. Z ma?ej skórzanej teczki wyj?? kajet i dwa o?ówki, jeden czarnografitowy, drugi czerwonokredkowy, starannie zaostrzone w szpice. Potem uniós? wzrok i zobaczy?, ?e wszystkie dziewczyny maj? g?owy obrócone ku niemu. Muska? je kolejno spojrzeniem, a wtedy ka?da p?oszy?a si?, kierowa?a ?renice gdzie? w bok lub zaczyna?a co? papla? do s?siada lub s?siadki. By? tylko nowym koleg?, studentem jak wszyscy, ale gdy si? tam zjawi? po?ród nich — w atmosferze zacz??y wibrowa? dziwne, pe?ne napi?cia i niepokoju pr?dy, dla których nie by?o ?adnego racjonalnego uzasadnienia. Tak jak czujniki elektroniczne wy?apuj? dym, a radary nadmiern? pr?dko?? — tak ludzkie zmys?y sygnalizuj? cudz? dziwno??. By? nie tyle nowy, co inny. Zwyk?y nowy to ?adna atrakcja.

Na sal? wszed? profesor Harlund. W?a?nie sko?czy? sze??dziesi?t lat, wi?c uwa?ano go za weterana uczelni, podczas gdy on uwa?a? si? ci?gle za dojrzale m?odego, nigdy bowiem nie chorowa?, nie tetrycza?, nie ?ysia? i siwizna nie tyka?a jego fryzury z przedzia?kiem. Owszem, podejrzewa?, ?e kiedy? zemrze jak ka?da ludzka ma?pa, ale by?a to wizja równie daleka co jego narodziny i nie zajmowa?a mu umys?u. Umys? mia? ow?adni?ty budowlami przodków — wyk?ada? histori? architektury na kierunku Historia Sztuki. Tym razem mia? mówi? o francuskim Baroku ery Ludwików XIII oraz XIV, i tak zacz??:

— Panie, panowie, kolumna! Ko–lum–na! Ma co? z nazwiska Kolumba, który ponownie odkry? Ameryk? dawno ju? odkryt?. Renesans znowu odkry? kolumn? odkryt? ju? w Staro?ytno?ci przez Egipcjan i Greków, a Barok uwznio?li? j? do pot?gi francuskiej. Francuscy architekci, jak równie? rze?biarze, którzy parali si? stawianiem pomników, mawiali: „Rien n’est plus noble q’une colonne” — nic nie jest bardziej szlachetne od kolumny. Dlatego... Przepraszam bardzo, czy móg?by pan zamkn?? to okno, panie... Jak pan si? nazywa?
— Nazywam si? Retea, Satin Retea, panie profesorze.
— Jest pan nowy?
— Tak, panie profesorze. Wskutek przyczyn rodzinnych nie mog?em dojecha? na pocz?tek semestru. Uzupe?ni? te dwutygodniowe braki bardzo szybko.
— Ciesz? si?. Prosz? z ?aski swojej przymkn?? tamto okno, bo ptaków jest wi?cej i skrzecz? g?o?niej ni? ja, chór to zawsze chór. Dzi?kuj? panu... A wi?c — kolumna! Kolumnady barokowego Rzymu mia?y istotny wp?yw na Pary? odk?d...

Nowy, stoj?c ju? przy parapecie, chwyci? klamk?, lecz miast domkn?? framug?, wpatrzy? si? w co? po drugiej stronie muru i znieruchomia?. Min??o kilkana?cie kolumnowych zda? profesora Harlunda nim ten urwa? wywód, by spyta?:

— Panie Retea, sta?o si? co??...
Nowy odwróci? g?ow?:
— Nic szczególnego, prosz? pana.
— Zatem?
— Ju? domykam, panie profesorze.
— Wolno spyta? co pana kusi?o na zewn?trz, prócz, rzecz jasna, ch?tki wyzwolenia si? od nudy, któr? usypiam pa?skich kolegów?
— Pewna ptasia kwestia, panie profesorze. Czeka?em a? ptak j? sko?czy.
— Rozumie pan mow? ptaków?
— Tylko wysoko?? d?wi?ków, znaczenia d?wi?ków myl? mi si?.
— By? mo?e wi?c winien pan studiowa? ornitologi?, kolego Retea, a nie histori? sztuki...
— By? mo?e, prosz? pana. Czy mog? ju? usi????
— Ale? tak... Wró?my do tematu, drodzy pa?stwo. Pierwsze monumentalne kolumnady...

Czterdzie?ci pi?? minut wyk?adu i przerwa. Na przerwie zaczepi?a go Doris. Podesz?a trzymaj?c papierosa w warstwie wi?niowej szminki i wysun??a pyszczek gestem prosz?cym o ogie?.

— Nie pal?, nie mam ognia — mrukn??.
Chwyci?a papierosa lew? d?oni? i u?miechn??a si?:
— Nie szkodzi, przystojniaku. Jestem Doris. A ty Satin, jak s?ysza?am.
— Tak, Satin.

Poda?a mu praw? d?o?. Uj?? t? d?o? swoj? praw? d?oni? i przez chwil? nie móg? swojej wyswobodzi?.

— My?la?am, ?e jeste? ma?kutem...
— Jestem ma?kutem.
— Sk?d przyjecha?e??
— Z rodzinnego domu. Pu?? ju? moj? d?o?, po co tak j? ?ciskasz?
— Bada?am twoj? skór?, Satin.
— W jakim celu?
— My?la?am, ?e masz skór? satynow?, a masz szorstk? jak papier ?cierny, twoje imi? k?amie.
— Twoje te?, nie masz d?oni ze z?ota.
— Umów si? ze mn? na randk?, Satin.
— Po co?
— ?eby zazdro?ci?y mi wszystkie, no i... rozumiesz.
— Chyba nie rozumiem.
— Nie rozumiesz po co spotykaj? si? ch?opak i dziewczyna?
— ?eby si? wspólnie uczy??
— Nie! ?eby ta?czy?, i je?? lody, i wirowa? na karuzeli, i w ogóle.
— Co w ogóle?
— S?uchaj, czy ty jeste? pederasta, czy tylko udajesz g?upiego, bo ci si? nie podobam, ch?opczyku?! — fukn??a w?ciekle.
— Nigdy nie by?em pederast?. Dopiero teraz, kiedy zrobi?a? si? namolna...
— Nie podobam ci si??
— Nie.
— Dlaczego?!
— Mamy ró?ny gust.

Prychn??a i posz?a sobie, z?a jak osa, budz?c tym rado?? kole?anek. A on zszed? do dziekanatu, bo musia? za?atwi? ró?ne formalno?ci.

Sta?em kilka kroków dalej, przy filarze, udaj?c, ?e nie pods?uchuj?, tylko gapi? si? w okno wie?cz?ce kraniec korytarza. Imponowa?o mi, ?e facet umie dyscyplinowa? swoje libido. „Cud! Taki m?ody, taki atrakcyjny, a nie zepsuty!” — pomy?la?em pe?en zdumienia i zachwytu.
 
   Podziel się na:  
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  




wxv.pl - załóż forum dyskusyjne za darmo





Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - SITEMAP - opowiadania